Joseph Beuys wychodzi z domu. Jest wiosna 1974 roku.
 
Niedługo potem wyląduje na lotnisku im. Johna Fitzgeralda Kennedy’ego, zostanie owinięty w filcową tkaninę, przywiązany do noszy na kółkach i wepchnięty do karetki pogotowia.

To początek jego performance: Coyote or I like America and America Likes Me.

„Porywacze” przewożą go do jednej z galerii w nowojorskiej dzielnicy SoHo, gdzie Beuys ma spędzić następnych kilka dni zamkniętym w jednym pomieszczeniu z kojotem. Przebrany za ekscentrycznego pasterza, ma obserwować ruchy zwierzęcia, a następnie odpowiedzieć na nie własną choreografią.
Później opowie: kiedy kojot kładł się, ja klękałem. Kiedy on zasypiał, ja upadałem na ziemię. Kiedy on skakał, i ja skakałem. To był cały cykl powtarzalnych zachowań.

Czasami kojot porywał jego laskę, wykręconą na końcu na pasterską modłę. Czasami kojot rwał na strzępy filcową tkaninę, w którą owijał się Beuys.

Filc wydawał mi się szczególnie ważny, opowie potem Beuys. W 1940 roku byłem pilotem bombowca. Kiedy zestrzelono mnie ponad górami Krymu, zostałem ocalony przez Tatarów, którzy owinęli mnie w kilka warstw filcu, aby ocalić przed zamarznięciem.

Performans – z dzisiejszej perspektywy nie do pomyślenia, jeśli chodzi o wykorzystywanie zwierzęcia dla celów artystycznych – miał pomóc Beuysowi w przeprowadzeniu rytuału, za pomocą którego chciał opowiedzieć o stosunku Ameryki do jej rdzennych mieszkańców: kojot był – według niego – zwierzęciem uosabiającym archetypowego trickstera.

Po zakończeniu eksperymentu Beuys miał uściskać zwierze, zawinąć się w filc i zostać wywiezionym ponownie na noszach do karetki, która odwiozła go na lotnisko.
New York Times opublikuje potem następujące pytania: czy Beuys to szaman czy szarlatan? Mędrzec czy błazen? Święty czy głupiec?

Sam Beuys na pytanie o to, czy eksperyment pozwolił mu zbliżyć się do zrozumienia zwierzęcia, odpowie: nie.